Życie błog. ks.Emiliana Kowcza

Posługiwał upokorzonym i bezbronnym, nie patrząc na ich przynależność narodową bądź religijną. Świadek wiary XX wieku, spalony w komorze krematoryjnej na Majdanku. Był ojcem duchownym dla współwięźniów w ekstremalnych obozowych warunkach. Umacniał poniżonych. Pomagał im przekroczyć próg śmierci z podniesioną głową. W 2001 roku został ogłoszony błogosławionym przez Jana Pawła II.

Młodość

Emilian Kowcz urodził się 20 sierpnia 1884 roku w Kosmaczu (powiat kosiwski) na Huculszczyźnie, w rodzinie miejscowego proboszcza Grzegorza Kowcza (1861-1919) i Marji z domu Jaskewycz-Wolfeld (1891-1939). Huculszczyzna – to region, który charakteryzował się ludnością zróżnicowaną pod względem narodowościowym i wyznaniowym, gdzie obok siebie mieszkali Polacy, Ukraińcy i Żydzi. Młody Emilian, wychowany w ukraińskim domu, od małego stykał się nie tylko z brzmieniem języka polskiego, lecz również żydowskiego, niemieckiego, armeńskiego czy cygańskiego, bo właśnie taka polifonia rozbrzmiewała wtedy na ziemiach jego dzieciństwa.  Niewątpliwie przyjaźnił się z rówieśnikami pochodzącymi z odmiennych środowisk kulturowych. W sposób naturalny zdobywał umiejętność przekraczania etnicznych granic, a także lepszego rozumienia i spostrzegania innych, pozostając przy tym w pełni sobą. Górska przyroda formowała jego wrażliwość zarówno na piękno, jak i na wychowanie w osobliwym zagłębieniu w sztukę ludową, z jej wieloma inkrustowanymi wyrobami, oryginalną ceramiką czy słynnymi huculskimi kilimami.

Na początku wiedzę zdobywał w Kosmaczu, później w Kicmaniu niedaleko Czerniowców, gdzie uczyła się jego przyszła żona. Następnie przeszedł do państwowego gimnazjum we Lwowie. Tutaj, w stolicy Wschodniej Galicji, koncentrowały się różne elementy wielonarodowej oraz wielowyznaniowej różnorodności galicyjskiej, tutaj na każdym kroku było widać ślady ludzkiego geniuszu, a także wzajemnego przenikania się tradycji Wschodu i Zachodu. Emilian chętnie chodził do szkoły, szybko zaczął wyróżniać się, jako jeden z najzdolniejszych uczniów. Postanawia zostać księdzem jak ojciec. Po zakończeniu gimnazjum w 1905 roku, dzięki staraniom ojca, rozpoczął studia filozoficzno-teologiczne na Uniwersytecie Urbaniana w Rzymie. W ciągu całego periodu swego pobytu w Wiecznym Mieście, mieszkał w ukraińskim kolegium świętych Sergiusza i Wakcha na placu Madonna dei Monta, w samym centrum miasta, kilka kroków od Koloseum. Naturalnie nie raz musiał słyszeć, że kiedyś, niedaleko na arenie, pierwsi chrześcijanie-męczennicy oddali swoje życie za wiarę.

Na studiach, Emilian Kowcz spotkał się z przyszłym przemyskim biskupem Jozafatem Kocyłowskim, jak również z Mikołajem Czarneckim wizytatorem apostolskim dla grekokatolików na Wołyniu od 1939 roku. Z tym drugim byli wielkimi przyjaciółmi. W 2001 roku, pod czas pobytu Jana Pawła II we Lwowie, obaj hierarchowie byli ogłoszeni męczennikami za wiarę. Kowcz zapewne, nie raz, miał możliwość spotykać się z Leonidem Fiodorowym, przyszłym egzarchą dla grekokatolików w Rosji, który w tym czasie odbywał w Rzymie swą duchowo-intelektualną formację. Fiodorow również, jak sam Kowcz, był beatyfikowany w 2001 roku we Lwowie pod czas wizyty papieskiej.

Rzymski okres poszerzył horyzonty młodego alumna. Zdobył on dobre przygotowanie homiletyczne, które przyniosło owoce w przyszłym głoszeniu Słowa Bożego. Pogłębił wiedzę w zakresie łaciny oraz języka włoskiego i niemieckiego. Czteroletnie pobyt poza granicami ojczyzny, zahartował go i dodało wiary we własne siły. Przyciągały go wyzwania. Od razu po studiach zgłosił się do pracy misyjnej w Czechach. Jednak formalności stanęły na przeszkodzie do zrealizowania tego celu.

24 października 1910 roku ożenił się, z młodszą o 7 lat, Marją-Anną Dobrjańską. Ona, tak samo jak on, należała do galicyjskiego rodu duszpasterzy, w którym od stuleci, jak na długodystansowej sztafecie, nowe pokolenia przyjmują od poprzedników pałeczkę doświadczenia pracy duszpasterskiej. Z sześciorga ich dzieci, dwójka braci także skończyło seminarium duchowe.

Rok po ślubie przyjął święcenia kapłańskie w Stanisławowie, z rąk biskupa Grzegorza Chomyszyna, przyszłego męczennika i błogosławionego.

Na dobre i złe

Początek XX stulecia – to ważny etap w życiu Kościele greckokatolickiego w monarchii habsburskiej. Kościół wzmacniał swoje moralne i intelektualne pozycje, stawał się strukturą, zdatną zaproponować Galicyjskim Ukraińcom, programy konstrukcyjne społecznego i państwowego odrodzenia.

Pierwsze pastoralne doświadczenie ksiądz Emilian zdobył w Pidwoloczyskach w powiecie skalatskim. Tam też przyszedł na świat, jego syn Serhij. W 1912 roku ponownie zgłosił się wraz z żoną do pracy misyjnej. Tym razem pojechał do Bośni, gdzie przyjął funkcję administratora parafii w Kozaracu, a także obsługiwał kilka innych miejscowości w okręgu Prijedor. Region ten zamieszkiwała ludność w dużym stopniu zróżnicowana etnicznie, w większości słowiańsko-języczni muzułmanie. Mimo ciężkich warunków oraz znacznej konsternacji, ksiądz Emilian był zadowolony ze swej pracy. Razem z żoną wiele uwagi i energii poświęcał ubogim, a zwłaszcza sierotom, które zabierali do swego domu na krótszy bądź dłuższy pobyt.

Po czterech latach pracy misyjnej, już w okresie wojny, powrócił wraz z rodziną do Galicji, był przeznaczony na wikariusza parafii w Sernykach-Horisznich w powiecie rogatynskim.

W tym czasie wiele narodów imperium habsburskiego, widząc jego upadek, pałała nadzieją na zdobycie wolności, nierzadko stając jeden przeciwko drugiego po różnych stronach barykady. Emilian Kowcz był zwolennikiem niepodległej Ukrainy, a także włączenia Galicji Wschodniej do przyszłego państwa ukraińskiego. W 1919 roku zgłosił się do stworzonej w tym czasie Ukraińskiej Armii Halickiej (ukr. Українська Галицька Армія - UHA) i kilka lat służył tam jako wojskowy (polowy) kapelan, tak zwanego Bereżańskiego Kosza. Razem z wojakami UHA przeszedł kampanie: galicką (walka z Polakami) i naddnieprzańską, przeżył z nimi wojenne niezgody, niebezpieczeństwa i porażki. Z relacji świadków wiadomo, że każdego dnia odprawiał Liturgię, odwiedzał rannych w szpitalu wojskowym, podtrzymywał na duchu chorych, prowadził przyjacielskie rozmowy…  Pewnego dnia, pod czas wymiany ognia wybiegł do rannego, aby zaciągnąć go do polowego szpitala. W odpowiedzi na słowa przestrogi, zażartował: „Przecież wiecie panowie, że byłem święcony, a święconego tak łatwo kula nie bierze”.

Po rozpadzie UHA w lipcu 1919 roku pod Czortkowem, niektóre oddziały połączyły się z armią Ukraińskiej Republiki Ludowej Petlury (ukr. Українська Народна Армія – УНА), aby wspólnie wyruszyć na Kijów przeciw bolszewikom. Pod czas tych starć ksiądz Emilian trafił do niewoli, z której udało mu się uciec nie bez dramatycznych przygód. Wraz z towarzyszami wydostał się spod świeżo-wykopanych brackich mogił, dosłownie spod luf karabinów. Trafił on do polskiego obozu koncentracyjnego dla jeńców wojennych, w którym zachorował na tyfus. Gdy znalazła go żona, miał siną, miejscami aż czarną twarz, a ciało przypominało szkielet.

Po wyzdrowieniu razem z rodziną przejechał do Borszowa koło Przemyślan. Tam w przeciągu kilku miesięcy prowadził miejscową parafię.

Na pograniczu

W 1922 roku otrzymał tytuł proboszcza parafii św. Mikołaja w Przemyślanach, z cerkwią filialná we wsi Korosno. Przemyślany były wtedy typowym wschodnio-galicyjskim miasteczkiem, w którym mieszkali obok siebie grekokatolicy Ukraińcy, rzymokatolicy Polacy, a także Żydzi, stanowiący trzy piąte mieszkańców. Przemyślany były znaczącym ośrodkiem chasydyzmu. W szabat (sobota) żydowskie sklepy były zamknięte, a dwa nie-żydowskie, także były zamykane dla poszanowania święta. Za to w niedzielę żydowskie sklepy były zamknięte, chociaż mogły być otwarte. To byli prawdziwi sąsiedzi – tak o atmosferze miasteczka opowiada jego były mieszkaniec, jeden z klezmerów Leopold Kozłowski.

Ksiądz Emilian z wielkim zapałem wziął się za odnawianie życia religijnego zaniedbanej parafialnej wspólnoty. Zorganizował niemałe koszty na remont cerkwi, która przekształcała się w ruinę. Angażował się również w działalność społeczną, był inicjatorem przedsięwzięć o  naukowo-kulturowym charakterze, brał udział w tworzeniu czytelni, animował rozwój ruchu kooperatywnego, tworzył kasy pożyczkowe. Bez zgody władz, organizował budowę cerkwi w jednym z przysiółków: z przygotowanych zawczasu elementów, w ciągu jednej nocy powstała drewniana świątynia.

Jednak jego dynamiczna działalność, powiązana ze zdecydowaną obroną praw ukraińskiej wspólnoty, budziła obawy u przedstawicieli władz powiatowych. Postawa Emiliana była oceniana jako niebezpieczna dla interesów Polski. Donosy, rewizje, przeszukiwania, a także areszty stały się dla niego chlebem powszednim. W 1925-1934 latach w mieszkaniu Kowczów przeprowadzono aż czterdzieści rewizji, z których połowa kończyła się krótszym bądź dłuższym uwięzieniem proboszcza.

Mimo to, jego społeczna pozycja nie wiązała się z wrogością wobec innych narodów, które zamieszkiwały w Przemyślanach.

Wśród wiernych grekokatolików oraz rzymokatolików, dużą popularnością cieszyły się zainicjowane przez niego, jedyne w regionie, dekanalne Kongresy Eucharystyjne. Ksiądz Emilian był obdarzony charyzmatem głoszenia Ewangelii, potrafił wzruszyć serca i umysły słuchaczy. Był zapraszany z homiliami na odpusty do Ławry (nazwa męskiego klasztoru w kościele prawosławnym oraz w Kościołach katolickich wschodnich) w Uniowie, gdzie przełożonym klasztoru (w prawosławiu oraz w katolickich Kościołach wschodnich – ukr. ihumen) na ten czas był ks. Klymentij Szeptycki, brat metropolity Andrzeja. Uniowska Ławra położona wśród pokrytych lasami gór, blisko 10 kilometrów od Przemyślan, była wtedy ośrodkiem odrodzenia grekokatolickiego życia zakonnego. Klasztor należał do ojców studytów. Na uroczystości odpustowe 28 sierpnia, w dzień Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny (według kalendarza juliańskiego), do Uniowa przybywali pielgrzymi ze wszystkich zakątków Galicji. Kowcz, częsty i oczekiwany gość Ławry, pomagał w przygotowaniach programu uroczystości. Serdeczne relacje wiązały go zarówno z samym miejscem, jak i zakonną wspólnotą lecz przede wszystkim z jej ihumenom.

O plebanii, w której mieszkała rodzina Kowcza, licząca razem z sześciorgiem dzieci osiem osób, tak mówiono w mieście: „Nad tym domem czuwają aniołowie”. Rzeczywiście, oprócz najbliższych, zawsze przebywał tam ktoś potrzebujący. Kiedy ksiądz Emilian spotykał osierocone, zaniedbane, głodne dziecko, od razu brał je do siebie, aby razem z żoną dać mu opiekę pełną miłości. Poświęcał się posłudze innym do tego stopnia, że zaniedbywał potrzeby zarówno własne, jak i swoich domowników. Pewnego dnia parafianie zorganizowali zbiórkę i kupili mu nowe ubrania.

Wiosną 1939 roku z powodu ciężkiej choroby zaniemogła i niedługo potem umarła, jego 48-letnia żona Maria. Przeżyli razem 29 lat: on – pełen dynamizmu, ona – spokojna i zmysłowa. Teraz pozostał sam z sześciorgiem dzieci. Jednak nawet tak znacząca osobista strata nie mogła zagłuszyć w nim nieucichającego pragnienia, czynnego opierania się złu.

Gdy po wrześniowej porażce, dużo polskiej ludności wywieziono na Syberię, a niektórzy parafianie z Korosna grabili mienie z opustoszałych domów, ksiądz Emilian nie zawahał się napomknąć o ich zachowaniu pod czas kazania: Zdawało mi się, że wychowywałem was na dobrych parafian, ale teraz widzę, że niestety zmieniliście się w jakąś zgraję rozbójników. Wstyd mi za wasze podłe zachowanie przed Panem Bogiem.  Wiele z pośród zawstydzonych wiernych zwróciło zagrabione rzeczy polskim rodzinom, na które bolszewicy nałożyli dziesięcinę, zostawiając ich bez środków do życia. Ksiądz Emilian zaczął organizować pomoc dla polskich wdów i sierot. Otrzymał za to specjalne podziękowania od polskiej delegacji. Bliski znajomy Kowacza, Mikołaj Dedio, proboszcz parafii w Lahosowi koło Przemyślan, później wspominał: księdza Emiliana lubili wszyscy – Ukraińcy, Polacy, Żydzi […]. On nigdy nie myślał o sobie, tylko starał się robić dobro tym, którzy tego potrzebowali.

Miłość pokonała strach

Nie zważając na sowiecką okupację, w dalszym ciągu organizował procesje na Święto Chrztu Pańskiego, Jordanu, 19 stycznia (jedno z najważniejszych świąt w kościołach obrządku prawosławnego i greckokatolickiego). Nie udało się go przestraszyć, starał się przyłączyć do tego jak najwięcej mieszkańców miasta. Podtrzymywał przyjacielskie stosunki z klasztorem w Uniowie, gdzie przechowywali się ludzie prześladowani przez okupantów. Ksiądz Klymentij za swą nieugiętą postawę zapłacił aresztem NKWD. Umarł w opinii świętego w więzieniu we Włodzimierzu nad Klaźmą. W 2001 roku ogłoszono go błogosławionym.

Działalność Kowcza doprowadziła do tego, że jednego czerwcowego dnia 1941 roku do plebanii wdarli się NKWD-ziści. Kiedy ksiądz Emilian zaczął półgłosem się modlić, jeden z funkcjonariuszy przystawił mu pistolet do głowy, mówiąc: O, ojczulku, ty niczego innego nie potrafisz, tylko się modlić! Módl się, módl, może to ci pomoże… W tym momencie wszyscy usłyszeli przenikliwy dźwięk alarmu: zaczął się nalot niemieckich bombowców. Porażeni przeraźliwym hukiem NKWD-ziści, rozbiegli się, a ksiądz – kolejny raz w życiu – został uratowany. Jak później się okazało, wszyscy aresztowani przez NKWD-zistów zostali zabici.

Mimo to, że cudem uniknął śmierci z rąk bolszewickich katów, nie był zachwycony przyjściem nowych okupantów. Mówił ludziom: Nie cieszcie się, bo zamiast jednego „dobrodzieja” przyszedł inny, również nie lepszy. Inne są tylko guziki na ich wojskowych mundurach.

 

Wraz z wkroczeniem wojsk hitlerowskich do Przemyślan, zaczęło się masowe wyniszczanie Żydów. Kowcz zwrócił się do wiernych, a zwłaszcza do młodzieży, z prośbą, aby nie wchodzili we współpracę z nowymi władzami i nie brali udziału w antyżydowskich prowokacjach.

Pod czas ferii bożonarodzeniowych 1941 roku do domu przyjechał z seminarium, jego syn Myron. Dobrze zapamiętał on rozmowę z ojcem tego dnia.

- Pomagając Żydom i tak nie uratujesz ich przed śmiercią, a narazisz całą rodzinę na niebezpieczeństwo.

- Wiesz jak bardzo cieszę się z Twojego wyboru drogi kapłańskiej, jednak wiem również, że jeszcze nie jesteś na nią gotowy. Po świętach nie wrócisz do seminarium. Wystaram się dla ciebie o miejsce na uniwersytecie, abyś mógł wybrać dla siebie bardziej odpowiedni zawód.

Machina śmierci nabierała coraz większych obrotów. Pewnej soboty, gdy przemyślańscy Żydzi zebrali się w synagodze na modlitwie, gestapowcy przygotowali dla nich śmiertelną pułapkę. Zamknęli z zewnątrz drzwi synagogi i podpalili budynek razem z ludźmi będącymi wewnątrz.

Ksiądz Emilian wraz z synem był wtedy w domu, w odległości zaledwie kilkudziesięciu metrów od synagogi. Zauważyli oni dym i wkrótce usłyszeli rozpaczliwe wołania. W tym czasie na plebanię przybiegło kilku Żydów, którzy błagali o pomoc. Ojciec – jak opowiadał później Myron – bez najmniejszego wahania wybiegł z domu. Za nim podążył syn, myśląc o ty co można zrobić w pojedynkę w tak beznadziejnej sytuacji. Ksiądz Emilian wbił się w tłum, który zebrał się koło synagogi i rozkazującym tonem, po niemiecku, który znał bardzo dobrze, zaczął wykrzykiwać do gestapowców, aby zostawili ludzi i świątynię w spokoju.

I stało się coś nadzwyczajnego: zmieszani hitlerowcy wsiedli na swoje motocykle i odjechali precz! Ksiądz Kowcz razem z innymi otworzył drzwi, które zablokowano ciężką drewnianą kłodą. Wdarł się do zadymionej świątyni i zaczął wyciągać na wpółprzytomnych, krzycząc przy tym by uciekali z budynku, bo gestapowcy mogli w każdej chwili powrócić. Natrafił przy tym na człowieka o niskim wzroście, który wczepił się za jego szyję, i którego następnie wyniósł na zewnątrz. Jak się później okazało, tą zastraszoną i bezbronną istotą był rabin Belza. Po wojnie poszukiwał on Kowcza, aby podziękować za uratowanie mu życia…

Jeśli nie będę tutaj…

W środowisku żydowskim ksiądz Emilian miał wielki autorytet i zaufanie. Prześladowani Żydzi coraz częściej szukali pomocy u niezłomnego proboszcza Przemyślan. Starał się ratować ich różnymi sposobami, narażając własne życie. Wiedział, że nie będzie mógł uratować wszystkich, ale wierzył, że może im pomóc. Przychodziły do niego delegacje z prośbą o możliwość przejścia na chrześcijaństwo. Nie było mu lekko podjąć taką decyzję. Kilka razy udawał się w tej sprawie do metropolity Szeptyckiego. Później zdecydował, że po uprzedniej katechizacji, będzie ochoczo udzielał sakramentu chrztu. Jednak przejście na chrześcijaństwo nie zwiększało ich szans na uratowanie się od zagłady.

Lekceważąc przepisy władz okupacyjnych, ksiądz Kowcz odwiedzał w getcie swoich nowych parafian. Jego syn Serhij wspomina, że ojciec zwrócił się z listem do Hitlera, wymagając możliwości odwiedzania żydowskiej wspólnoty w getcie, jednocześnie potępiając zabójstwa, które miały tam miejsce.

Dla okupantów tego było już za wiele. W grudniu 1942 roku księdza Emiliana osadzono we lwowskim więzieniu na ulicy Lonckiego. Po torturach, które doznawał w czasie przesłuchań, na pewien czas odjęło mu władzę w nogach. Nie zważając na dotkliwy ból fizyczny i psychiczne cierpienie, na jego twarzy – jak stwierdzali świadkowie procesu beatyfikacyjnego – „widniał spokojny, jasny uśmiech”. Pobity i katowany umiał pocieszać innych. Wczesnym rankiem budził się ze snu i szeptem odmawiał modlitwę za wszystkich współwięźniów.

Rodzina i znajomi robili wszystko co możliwe, aby wyzwolić go zza krat. Takich starań dokładał również metropolita Szeptycki. Wydawało się, że uwolnienie jest zupełnie blisko: wystarczyło tylko zobowiązać się na piśmie, że nie będzie udzielać Żydom jakiejkolwiek pomocy. Odmówił i nie podpisał tego oświadczenia.

Po kilku miesiącach został przewieziony do obozu Majdanek. Otrzymał numer 2399, numer ten wybity na blaszce, jest przechowywany do dzisiaj w archiwum obozowym muzeum. Został umieszczony w czternastym baraku, który także stoi do teraz. Gdzieś w kącie, w tym „wagonie śmierci” potajemnie odprawiał Liturgię. Tam również spowiadał współwięźniów.

Swój pobyt w obozie koncentracyjnym traktował jako dar Boży. Pisał o tym w listach do swojej rodziny: Rozumiem, że staracie się o moje uwolnienie. Proszę was abyście niczego nie robili. Wczoraj rozstrzelano tutaj 50 osób. Gdyby nie było tutaj mnie, kto pomógłby im przejść przez ten próg? Odeszliby ze wszystkimi swoimi grzechami w głębokiej rozpaczy, która wisi nad tym piekłem. Dzisiaj natomiast, idą z wysoko podniesionymi głowami, zostawiając swoje grzechy za sobą. Przeszli most ze radością w sercu. Gdy widziałem ich po raz ostatni, spostrzegłem, że byli pełni pokoju. […]Dziękuję Bogu za jego łaskawość do mnie. Oprócz Nieba, to jedyne miejsce, w którym chciałbym być. Tutaj wszyscy jesteśmy równi – Polacy, Żydzi, Rosjanie czy Estończycy… Teraz jestem tutaj jedynym kapłanem. Nie wyobrażam sobie co by zrobili beze mnie. Tutaj widzę Boga – Boga, który jest dla nas jednakowy, bez względu na religijne różnice między nami. Może nasze kościoły różnią się między sobą, ale w nich wszystkich króluje ten sam Wszechmocny Bóg. Gdy odprawiam Liturgię, wszyscy się modlą. Modlą się różnymi językami – ale czy Bóg nie rozumie wszystkich języków? Umierają w różny sposób i ja pomagam im przejść ten most. Czy to nie jest błogosławieństwo? Czy to nie jest największy wieniec, który mógł mi włożyć na głowę mój Pan? Tak! Każdego dnia, po tysiąckroć dziękuję Bogu, że posłał mnie tutaj. Nie mógłbym prosić Go o więcej. Nie płaczcie nade mną – radujcie się ze mną! Módlcie się za twórców tego obozu i tego systemu. Oni potrzebują waszych modlitw… Niech Bóg zmiłuje się nad nimi…

 

W obozie Majdanek dobiegło końca życie księdza Kowcza. Zgodnie z oficjalnymi danymi, ksiądz Kowcz umarł 25.03.1944 roku z powodu ropowicy prawej nogi.

ks. Stefan Baruch